Wywiad z Panią Beatą Wilczyńską

fot. Krzysztof Szpakowski

Davini Durschlag: Jestem pod wrażeniem wystawy: „W dolinie Supraśli”, wystawy Pani autorstwa. Czy przyroda, krajobrazy są częstym tematem Pani zdjęć?

Pani Beata Wilczyńska: Tak 😉


_Na przestrzeni jakiego czasu przygotowywała Pani zdjęcia, które zostały pokazane  na wystawie?

W sumie najwięcej zdjęć było z ostatniego roku, ale zdarzyły się też takie sprzed ośmiu lat…


_Co spowodowało, że zrobiła Pani ten cykl zdjęć?

Fotografuję codziennie, bardzo często w Supraślu, miałam więc masę ładnych zdjęć z Supraśla. Pomyślałam, że dobrze by było je pokazać osobom, które nie obserwują mnie na fb.


_Czy wykorzystuje pani jeszcze gdzieś swoje zdjęcia, czy są one częścią jakiegoś dalszego procesu twórczego lub może wewnętrznego?


To jest przede wszystkim hobby, ale z czasem umiem coraz więcej i pojawiają się nowe pomysły, możliwości i potrzeby. Fotografując codziennie od ośmiu lat mam masę materiałów na różne cykle. Jest to więc zarówno proces w rozwoju osobistym, jak i forma wyrazu. Wykorzystuję zdjęcia zarówno amatorsko, jak i komercyjnie, ale także artystycznie.


_Jakie uczucia wiążą się z robieniem zdjęć i przebywaniem w takich miejscach jak te uchwycone przez Panią?

Mam z tego radość, a wydaje mi się, że dosyć trudno jest dziś znaleźć radość. I spokój. I poczucie, że  ciągle się uczę. A fajnie jest uczyć się  czegoś nowego.


_Co sądzi pani o swojej własnej pracy, którą niedawno ukazała Pani na wystawie?

To są zwykłe ładne zdjęcia, dla zwykłych ludzi. Moje fotografie oglądają najczęściej osoby, które tęsknią za naturą, ale same nie mają  możliwości bycia w plenerze o wschodzie słońca.  Dla mnie jest to też prosta namiastka malarstwa. Znacznie łatwiejsza, bo efekt jest szybszy, ale ogromną zaletą fotografii jest to, że nie wymaga siedzenia na miejscu, posiadania pracowni i dobrego światła. Do zrobienia zdjęcia wystarczy chwila, malarstwo wymaga dłuższego czasu. Trudno jest siadać do sztalugi na kwadrans czy pół godziny, ale jest to wystarczający czas na to, by obrobić zdjęcie.


_Czy planuje Pani kolejną wystawę fotografii?

Mam wstępnie umówione wystawy trochę bardziej  artystyczne, ale czy uda się je zrealizować, pokaże czas. Lock down pozmieniał wielu grafików w galeriach i wszystko się poprzesuwało. No i nieustanne zmiany personalne  w instytucjach kultury… Jednego dnia umawiasz się z kimś na wystawę, a za miesiąc dyrektorem jest już ktoś inny. To zniechęca. Ale mam bardzo intensywny sezon za sobą.


_Jakimi dziedzinami sztuki się Pani zajmuje? Mieliśmy niedawno okazję ujrzeć wystawę Pani fotografii, na co dzień uczy Pani rysunku i malarstwa, jak wieloma technikami się Pani posługuje w swojej sztuce prywatnej?

W zasadzie teraz najbardziej bym chciała zostać pisarką. To jest dla mnie najtrudniejsze i najbardziej absorbujące. Do malarstwa będę mogła wrócić, kiedy tylko będę miała jakiś wolny czas. Malarstwo wymaga światła i czasu, a w Polsce jest  przez pół roku ciemno. Kiedy wracam z pracy, jest już za ciemno, żeby zaczynać malować, więc na razie szukam innych mediów.


_Czy nadal trwający okres epidemii wpłynął na Pani twórczość?

Nie, to znaczy zrobiłam kilka zdjęć o pandemii i zakwalifikowałam się do wystawy na ten temat, ale poza tym nie. Pandemia nie miała wpływu na rytm   mojego codziennego bycia. Poza krótkim momentem, kiedy sama miałam covid i kwarantannę. Najczęściej fotografuję to, co mam w najbliższym otoczeniu, czy była pandemia, czy nie – mogłam wyjść w plener.


_Uczyła się Pani w szkole, do której my obecnie uczęszczamy, jak wspomina Pani te czasy:  czy szkoła i środowisko bardzo się zmieniły?  

Szkoła zmieniała się bardzo, bardzo, bardzo. Ale była i mam nadzieję, że jest to bardzo dobra szkoła. Kiedy ja się uczyłam, było znacznie bardziej luzacko. Z mojej perspektywy. Miałam kupę czasu, żeby robić tylko to, na co mam ochotę, więc dla mnie była to luźna szkoła, która dawała możliwość rozwijania siebie. Wróciłam do niej, bo ją lubię  i lubię Supraśl.  Nie miałam problemu z tym, że będę pracować z moim wychowawcą czy moimi nauczycielami.   Kiedy wróciłam po pięciu latach studiów, nauczyciele byli ci sami, ale już pracowały też dwie moje szkolne koleżanki, więc wszystkich znałam.  Potem okazało się, że uczniowie też dają się lubić, a co ważniejsze: w szkole  spotyka się  osoby, z którymi można znaleźć wspólny język, a to jest  rzadkość w pracy, więc uogólniając: przyszłam do pracy na rok, a zostałam na 20 lat. I to jeszcze nie koniec.

_Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę Pani kolejnych interesujących wystaw.