Enklawa w środku puszczy

Na świecie od kilku tygodni panuje totalna panika, ze sklepów znika żywność i papier toaletowy, w Polsce atmosfera robi się coraz bardziej napięta. Do mieszkańców Supraśla dochodzą informacje o zarażonych osobach w ich okolicy, ale życie nadal tu się toczy jak dawniej.

Sąsiadka rozmawia przez płot z listonoszem, zakonnica idąc powolnym krokiem pozdrawia panią z zakupami po drugiej stronie ulicy, osoba przejezdna mogłaby pomyśleć, że nic się tu nie dzieje. A jednak w powietrzu unosi się nutka niebezpieczeństwa i strachu o zdrowie oraz życie. Wieża kościoła zmienia się w szybkim tempie, powoli widać pierwsze oznaki nieśmiałej wiosny, bocian już siedzi na gnieździe pałacu, w miejscach bardziej publicznych, jak na przykład supraska „Biedronka”, widać wzmożone środki ostrożności, ale i tak pomimo tego całego zamieszania w słoneczną niedzielę na leśnych szlakach można spotkać mnóstwo turystów spragnionych czystego, świeżego powietrza. Na Dębowiku zebrało się nielegalne dwunastoosobowe zgromadzenie urządzające sobie rodzinnego grila. Wszyscy z typową dla Supraśla nonszalancją delektują się pięknem otaczającej ich natury i ładnej pogody, nikt tu nie myśli o mandatach czy pouczeniach. Siadam nad rzeką na zieleniącej się o tej porze roku trawie i obserwuję zachód słońca, nade mną leci klucz żurawi, nie czuję absolutnie żadnego zagrożenia… Na myśl przychodzi mi kwestia prawdziwości zaistniałej sytuacji, może to wszystko jest ukartowane, aby zastraszyć społeczeństwo i ograniczyć ich wolność osobistą? Niemożliwym jest, aby na świecie w tym momencie działy się takie straszne rzeczy. W takich momentach człowiek docenia, że żyje w takim uroczym miejscu, a nie w dużej aglomeracji, gdzie kisiłby się w bloku. 

fot. Jakub Rutkowski IITI

Życie tu płynie wolno jak rzeka. Słońce chowa się za horyzontem i nastaje chłodny wieczór, rosa osiada na trawach. Wracając do domu widzę puste ulice, czas się jakby zatrzymuje, co jakiś czas widać tylko jakiegoś biegacza, który nie chce poddać się kwarantannowemu lenistwu, lub spacerowicza z psem, i słychać tylko pogłos ich kroków. Następnego dnia wkraczają nowe obostrzenia, poranek jest lekko chaotyczny, ludzie z zakłopotaniem spoglądają na ogłoszenia wywieszane na sklepowych drzwiach. Widać, że jest mniej młodych ludzi na chodniku, że więcej osób nosi rękawiczki i maseczki, ale nadal nie rezygnują z podania sobie dłoni czy uścisku na powitanie – taka supraska mentalność, że ufamy sobie nawzajem i wiemy, że nikt nas tu nie zarazi i krzywdy nam nie zrobi. Spotykamy się potajemnie „na kawie i ciastku”, wymieniając się jednocześnie nowymi ploteczkami. To nawet przyjemnie spędzać koronaferie, w takiej atmosferze, niby człowiek wie, że coś się dzieje, ale jednocześnie czuje się bezpiecznie. W tej ciszy spowodowanej wirusem idealnie słychać świergot ptaków, zwiastujący nadejście cieplejszych dni. Wiosenne promienie słoneczne powinny sprawiać, że nasza zimowa melancholia będzie mijać, ale przez zaistniałą sytuację zamienia się ona w tęsknotę za lepszymi, beztroskimi czasami, które – mam nadzieję wkrótce powrócą, a ja będę mogła znowu obserwować tętniące życiem małe miasteczko pośrodku puszczy.