Wywiad z Panią Izą Karczewską-Kiedysz

Redakcja: Jakie momenty ze szkoły wspomina Pani najmilej i/lub najśmieszniej?

Pani Iza Karczewska-Kiedysz: Tak naprawdę to okres pobytu w plastyku wspominam z gromnym sentymentem… A jeśli chodzi o jakieś śmieszne momenty, które mogłabym wymienić, to było ich całe mnóstwo na lekcjach grafiki, prowadzonych w mojej klasie przez panią Ulę Wyrzykowską. Zawsze dawała nam arcyciekawe tematy, rozwijające naszą kreatywność, które mogliśmy realizować na różne sposoby, czasem wręcz z pogranicza sztuki wizualnej i teatru… Nie muszę chyba mówić, ile było śmiechu, gdy ktoś zdecydował się wykonać przed klasą taki miniperformance…

Przypomina mi się również śmieszna sytuacja z PO (przysposobienie obronne). Mój kochany wychowawca, pan Jan Młyński, pokazywał nam, jak wykonać czepiec Hipokratesa, czyli rodzaj opatrunku zabezpieczającego rany na głowie. Jako model do tego ćwiczenia został wybrany nasz kolega Czarek, któremu tego dnia wlepiono we włosy gumę do żucia. Guma została usunięta razem z fragmentem włosów za pomocą nożyczek i, co się z tym wiąże, Czarek miał na głowie tzw. łysy placek, który świetnie nadał się do zamaskowania go wspomnianym wcześniej czepcem Hipokratesa. Opatrunek do tego stopnia spodobał się Czarkowi, że tak zabandażowany postanowił wrócić do domu. Kiedy jechał autobusem komunikacji miejskiej w Białymstoku, został poproszony o okazanie biletu do kontroli. W tym momencie złapał się za głowę i wykorzystując swój talent aktorski wyszeptał: „Głowa, moja głowa…” Troskliwi panowie kontrolerzy nie pytali już o bilet, tylko o to, czy sam trafi do domu… W taki oto sposób Czarek pasażer na gapę, uniknął płacenia mandatu za brak biletu.

_Czym różni się dzisiejszy  plastyk od Pani plastyka? Jakie dostrzega Pani najbardziej uderzające różnice albo może takie, które budzą największą nostalgię?

Sądzę, że takim ciekawym elementem „mojego plastyka”był pierwszy rok nauki w tej szkole. W pierwszej klasie, przez pół roku, mieliśmy lekcje snycerstwa, a w kolejnym semestrze – lekcje tkaniny artystycznej. Dopiero od drugiej klasy wybierało się specjalizację spośród trzech: tkanina, snycerstwo lub grafika. Kiedy ja się tu uczyłam, mieliśmy także miesięczne praktyki zawodowe. Nie pamiętam tylko, w której klasie, w czwartej lub piątej. Mogliśmy odbyć je np. w teatrze czy muzeum. Ja z moją przyjaciółką Grabosią pojechałyśmy do Poznania, do agencji reklamowej. To było fajne doświadczenie.

__Co sprawiło, że przyszła Pani do tej szkoły?

Plastyk od zawsze był moją wymarzoną szkołą, od kiedy nauczyłam się trzymać kredkę w dłoni… A tak na poważnie, to koleżanka mojej mamy kończyła PLSP w Supraślu i potrafiła dobrze je zareklamować… No i mój tata pracował z tatą pani Marty Muszyńskiej, która już wtedy uczęszczała do szkoły. Jak poszłam do ich domu i zobaczyłam prace mojej starszej koleżanki, byłam nimi tak zauroczona, że nie mogłam wybrać innej drogi życiowej…

__Może ma Pani jakieś rady z perspektywy absolwenta dla dzisiejszych uczniów?

Jeśli mogłabym coś doradzić, to żebyście starali się dobrze wykorzystać możliwości, które daje Wam szkoła. Chodzi mi o różnego rodzaju działania artystyczne, konkursy etc., ale także o zdobywanie wiedzy i umiejętności, które z pewnością przydadzą się w życiu…

__Bardzo dziękujemy za rozmowę.