Nie taki diabeł straszny, czyli rozważania o stolicy

Szorstki materiał fotela oraz ból pleców to odczucia towarzyszące chyba każdemu pasażerowi Polskich Linii Kolejowych. Dwugodzinna podróż mija dość szybko. Widok zielonych równin oraz sosnowych lasów płynnie przechodzi w niezbyt górnolotne dzieła sztuki graffiti, przedstawiające symbole klubu piłkarskiego na literę “L” i dość wymowne w treści hasła, na pewno nie nawołujące do pokoju i miłości, raczej do zbiorowych bijatyk pod stadionem. To sygnał do pakowania swoich manatek. Wjazd na stację z piskiem, lekkie zamieszanie, latające nad głową walizki. Drzwiczki otwierają się, stawiam pierwsze kroki na gruncie, nie towarzyszy mi już trzęsienie torów. Kiedy przedzieram się przez betonowy labirynt Dworca Centralnego w Warszawie, rozmyty, robotyczny głos zapowiada pociąg do Krakowa, który lada moment ma pojawić się “przy torze drugim, przy peronie czwartym”. Za każdym razem, kiedy tu przyjeżdżam, mam wrażenie, że wiem, które schody i zakręt wybrać, jednak ostatecznie wychodzę w zupełnie innym miejscu. Szybkie kroki po stromych stopniach, rosnąca ekscytacja. Głośne dźwięki, gwar, pierwszy wdech powietrza. “Marriott” łypie na mnie swoim czerwonym okiem: witamy w Warszawie!

Przyjazd do stolicy od dziecka wydawał mi się wydarzeniem niezwykłym, wręcz uroczystym. W końcu będzie okazja do zobaczenia wszystkich miejsc, widocznych na fotografiach w podręczniku do edukacji wczesnoszkolnej czy w “Wiadomościach”, w których poważni panowie w okularach i koszulach mówili niezbyt znaczące dla człowieka w tym wieku rzeczy. Według moich własnych spostrzeżeń media kreują Warszawę na nieosiągalne wręcz miejsce dla typowego Kowalskiego. Elegancka, pełna modnych, “hipsterskich” kawiarni i drogich butików, zawsze była w moim odczuciu pewnego rodzaju wyidealizowanym obrazem, kolorowym, plastikowym opakowaniem, przykrywającym zwykłą, rutynową rzeczywistość.

Akordeonista grający od czterdziestu lat te same ludowe piosenki, starsza pani w długim futrze i kolorowym berecie, zmęczony policjant spoglądający na grupę młodych mężczyzn, prawdopodobnie fascynatów polskiego hip hopu. Przechodzący obok zabiegany uliczny handlarz w wytartej skórzanej kurtce, pamiętającej czasy kaset VHS, Stadionu Dziesięciolecia i telewizyjnej polskiej emisji “Miasteczka Twin Peaks”. Może prezent od ciotki z Florydy? Wszyscy zajęci swoimi sprawami mijają się i zapominają o tym, o czym myśleli wcześniej. Pędzą niczym mrówki, tylko piaszczyste kanały zastąpione są słabo oświetlonymi korytarzami przejścia podziemnego, skąpanymi w błyskach kolorowych szyldów małych, lekko szemranych sklepików. W powietrzu unosi się zapach tanich zapiekanek z szynką i pieczarkami oraz rosyjskich papierosów. Szalony kapitalizm lat 90. pełną parą. Mimowolnie w głowie zaczyna rozbrzmiewać jeden z radiowych szlagierów rockowych o Warszawie, który kojarzy mi się z rodzinnymi wakacjami nad Bałtykiem, gdzieś w ubiegłej dekadzie. 

Z wiekiem i każdą wyprawą do stolicy betonu, marzeń i młodych dorosłych, z walizkami wypełnionymi słoikami z ogórkami kiszonymi (domowej roboty!), Warszawa staje się bardziej “swojska”. Widok wieżowców górujących ponad resztą miasta, który można podziwiać z prawego okna wagonu na moście kolejowym, lekko traci na majestatyczności. Nowy Jork w wersji nadwiślańskiej kurczy się niesamowicie. Możliwe, że w przypadku Warszawy lepszym porównaniem jest Moskwa niż amerykańska metropolia. Podręcznikowe przykłady socrealistycznej architektury przeplatają się z kamienicami w zachodnioeuropejskim stylu, bloki z wielkiej płyty ze szklanymi wieżowcami. “Gdzie Hitler i Stalin zrobili co swoje”- można powtórzyć za wszystkim znanym utworem “T. Love.” Miasto powstałe z popiołu, ludzie, którzy otrzepali pył z kolan i wspólnie stworzyli to, co nasze pokolenie nazywa Warszawą. “Cały naród buduje swoją stolicę” – hasło widniejące nad Empikiem na Nowym Świecie wywołuje we mnie pewien rodzaj wzruszenia. Idealnie określa to miasto i to, co jest jego kwintesencją. To pewien rodzaj schronienia. Trochę głośnego, niezbyt czystego i pełnego spalin, ale dającego poczucie nadziei, szansy. Miejsce dla kogoś, kto wciąż szuka swojego skrawka świata, bez względu na status i poglądy. Chaotyczna plątanina ponad miliona istnień, tak różnych od siebie, jednak budująca własną, wyjątkową całość.