Młyn i krzyż

Dzieło obiektywem malowane. Lech Majewski „Młyn i krzyż” – podróż po ożywionym nieruchomym obrazie.

Współczesna kultura przesycona jest obrazem i dźwiękiem w większym stopniu niż w całych dziejach ludzkości, co niewątpliwie wiąże się z rozwojem techniki. Przestrzeń publiczna, w sensie dosłownym i przenośnym, jest przez nie zaśmiecana, ponieważ są wszechobecne i coraz bardziej agresywne. Jednak są twórcy, którzy cały czas szukają formy, którą jak najdokładniej oddadzą swoją myśl, gdzie istotna jest nie tylko treść, ale też sposób jej przekazania. Dość szybko przekonałam się, że obrazy zmieniające się w filmowe kadry mogą zachwycić, nawet w dobie przesycenia nimi. W ostatnich dniach miałam okazję obejrzeć polsko-szwedzką produkcję z 2011 roku w reżyserii Lecha Majewskiego – „Młyn i krzyż”. Muzykę do owego dzieła skomponowali Lech Majewski i Józef Strzek, za zdjęcia odpowiedzialni byli Adam Sikora i Lech Majewski, scenografią zajęli się Marcel Sławiński i Katarzyna Sobańska, zaś za kostiumy odpowiedzialna była Dorota Roqueplo. Warto tu wspomnieć, iż produkcja ta to próba ekranizacji obrazu Petera Bruegla Starszego „Procesja na Kalwarię”. Film otrzymał Nagrodę Specjalną Jury 36. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni oraz nagrody indywidulne za scenografię, dźwięk i kostiumy. Ponadto w nagrodzono go Złotym Aniołem Międzynarodowego Festiwalu Filmowego TofiFest w Toruniu.

fot. Kadr z filmu „Młyn i krzyż”

Pomysł przeniesienia na szklany ekran obrazu renesansowego malarza wydaje się równie ambitny i oryginalny co trudny do zrealizowania. Trudno w przypadku „Młyna i krzyża” mówić o tradycyjnej fabule, ponieważ jest to ekranizacja malarskiego dzieła. Wydarzenia, które widać na obrazie, oglądamy nie w formie statycznej, jak na malowidle, ale ruchomej, jak w kinie. Akcja filmu obejmuje jeden dzień z życia Petera Bruegla. Na ekranie widzimy Flandrię w roku 1563. Artysta zbiera szkice do planowanego obrazu, dzięki czemu poznajemy historię poszczególnych bohaterów „Drogi krzyżowej”, zwłaszcza tych drugoplanowych, zwyczajnych ludzi, zamieszkujących targane wojnami Niderlandy. Narratorem, który o nich opowiada, jest sam autor obrazu, w którego rewelacyjnie wcielił się znany hollywoodzki aktor – Rutger Hauer.

Duże wrażenie robi sama forma filmu. Operowanie kamerą wewnątrz obrazu umożliwia rekonstrukcję świata kreowanego, a także pozwala zajrzeć w głąb procesu twórczego. Majewski czyni to za pomocą rozbudowanej technologii 3D i CGI, generującej obraz przy pomocy komputera. Wykonana praca może być porównana do tkania ogromnego gobelinu.

Ciekawym rozwiązaniem jest prawie zupełne pozbawienie scenariusza dialogów. Jedyne rozmowy, jakie widz słyszy, odbywają się między Peterem Brueglem a jego mecenasem. Postaci z obrazu prawie w ogóle się nie odzywają, emocje uzewnętrzniają przy użyciu mimiki i gestykulacji. Tak dobry poziom gry aktorskiej zwraca uwagę, ponieważ wielu spośród członków obsady to amatorzy w tej dziedzinie. Jednak, gdy już słowa padają, są jak złote zgłoski.

Ważnym elementem dzieła są też efekty dźwiękowe związane z tym, co dzieje się akurat na ekranie – skrzypienie drewnianego młyna, krakanie wron, dziecięce zabawy, melodie, wydobywające się z instrumentów grajków. Pojawia się też muzyka, która doskonale spełnia swoją rolę, ponieważ jej specyficzne brzmienie wprowadza nastrój tajemniczości, zagadkowości. Drobne muzyczne akordy przejmują do głębi. Całości dopełnia słyszalny przy niektórych scenach damski chór. Zabieg polegający na ograniczeniu muzyki zmusza widza do wyostrzenia zmysłu wzrokowego, pobudza jeszcze bardziej wrażenia wizualne.

Ważnym elementem dzieła jest na pewno wierne oddanie realiów, jakie panowały w szesnastowiecznych Niderlandach. Autor przedstawił hiszpańską okupację tych terenów, nie oszczędzając odbiorcy całego okrucieństwa, jakim charakteryzował się ten okres. Duże wrażenie robią kostiumy, wierne epoce, w jakiej toczy się akcja filmu. Reżyserowi znakomicie udało się oddać życie przeciętnego człowieka. Możemy ujrzeć codzienność chłopów i rzemieślników, przyjrzeć się ich pracy, życiu rodzinnemu, a także lękom i problemom. 

fot. Kadr z filmu „Młyn i krzyż”

„Młyn i krzyż” to z pewnością skarbnica symboli i metafor. Każdy szczegół ma ukryte znaczenie. Postać młynarza symbolizuje Boga. Stoi on ponad wszystkimi i obserwuje to, co dzieje się na dole, czuwa nad ludźmi, chce naprawić zło, które dostrzega. Młode małżeństwo – Netje i Janeke – to uosobienie niesprawiedliwości i niezawinionego cierpienia. Postać bogatego kupca – Nicholasa Jonghelincka to  metafora tolerancji religijnej. Młyn znajduje się na skale – skała może symbolizować tę, na której Piotr miał zbudować Kościół. Schody są łącznikiem między ziemią a niebem. Chleb wytwarzany w młynie – to praca i świętość. Cisza podkreśla zaś skupienie na wykonywanych czynnościach oraz harmonię. Wiatrak poruszany podmuchem powietrza zależny jest od harmonii z przyrodą. Kręgi zaś, których jest trzy, to ciągłe poruszanie się człowieka między życiem a śmiercią. I tak można by wyliczać…

Z całą pewnością mogę polecić tę ekranizację, jest trudna, tak jak trudne i wymagające cierpliwości jest studiowanie obrazu, jednak warto zapoznać się z nią, ponieważ jest też uniwersalna, jak obraz Bruegla. Czegoś tak starannie przygotowanego i tak oryginalnie zaprojektowanego nie spotyka się w kinie na co dzień. „Młyn i krzyż” jest bardzo udanym, na wskroś nowoczesnym dziełem.