Gdzie są cenne obrazy

graf. Maria Awdziej IIITI

Ostatnio, z polecenia koleżanki, tej strasznej koleżanki (może wiecie, o kogo chodzi) obejrzałem dosyć świeży miniserial dokumentalny, “To jest napad: Największa kradzież dzieł sztuki w historii”, przedstawiający sprawę kradzieży światowej klasy dzieł sztuki z bostońskiego muzeum Isabelli Stewart Gardner

Nie chodzi tylko o moje zaangażowanie w sztukę i miłość do niej, bardzo zaciekawiła mnie tak zuchwała kradzież eksponatów wartych pół miliarda dolarów, tylko no właśnie. Okazuje się, że nie była ona wcale taka zuchwała. Obraz napadów, który wykreował mi świat filmów, trochę zmętniał. Dlaczego? Miałem w głowie wizję dokładnie zaplanowanego napadu, kreowanego przez lata, układanego przez inteligentnych ludzi; wizję, w której każdy element był ważny i miał swój cel. Pojawiał się system alarmowy i laserowe czujniki ruchu, pomiędzy którego wiązkami wielcy złoczyńcy gimnastykują się, żeby osiągnąć cel. Kto z nas tak sobie tego nie wyobraził?

Źródło: Netflix „To jest napad: Największa kradzież dzieł sztuki w historii

Wracając jednak do realnego świata, a dokładnie do roku 1990, miesiąca marca i tej najsłynniejszej kradzieży… Technika alarmowa w tamtym okresie nie była tak mocno rozwinięta. W noc kradzieży wartę w muzeum pełnił niejaki Richard Abath – postać niezwykle ciekawa. Można rzec, że hipis. Zajmował się muzyką, miał długie, gęste, kręcone włosy i często palił jointy. Nasz luzak, po obejściu całego muzeum, siedział w kantorku przy głównym wejściu. Usłyszał pukanie, okazało się, że to policja, otworzył więc, niczego nieświadomy, chociaż procedury nie pozwalały na otwieranie nikomu. Owi policjanci byli rabusiami. Po przedstawieniu swoich niesamowitych umiejętności aktorskich powiedzieli: ‘’To jest napad”, a następnie zakneblowali usta wcześniej już skutemu Richardowi i zamknęli go w piwnicy. Dosyć łatwo poszło im samo wtargnięcie do muzeum – według mnie było ono mało kreatywne i emocjonujące. 
Następnie w 81 minut zrabowali 13 eksponatów, w tym dzieła Rembrandta, Vermeera i jakiś chiński dzbanek. Potem rozpłynęli się w powietrzu. Policja stanowa i FBI rozwiązują sprawę do dziś. Wygląda na to, że w napad zamieszane były bostońskie mafie. Drogocenne obrazy nie były wtedy tak cennym łupem, który można było sprzedać za ogromne pieniądze. No bo gdzie? W lombardzie za rogiem? Wizja mafiosów wieszających dzieła w salonie nad kominkiem też nie miała sensu. W tamtym okresie i rejonie arcydzieła miały moc tak zwanej karty przetargowej. Skazani na wiele lat przestępcy w zamian za obraz otrzymywali wolność. FBI sprawdziło szczegóły dotyczące wydarzenia i przetrząsnęło cały Boston. Zawiłe relacje i doniesienia prowadziły do dwójki rzekomych złodziei. Nasuwa nam się tu pytanie: dla kogo pracowali?
Sprawa była tak trudna i zagadkowa, że ciągnęła się latami. Sprawców do dziś nie odnaleziono. Obrazów również. Wszyscy podejrzani, z wyjątkiem jednego mężczyzny, już nie żyją. Nagroda za znalezienie obrazów to 10 milionów dolarów i immunitet. Ciekawe. Może leżą gdzieś na jakimś strychu… Może zostały zniszczone przez ludzi mało wrażliwych… Może ktoś kiedyś pijany w barze powie za dużo…