Termokatastrofa

Da się łatwo zauważyć, że duże temperatury przynoszą duże problemy. Mamy na przykład takie globalne ocieplenie – to dopiero będzie termokatastrofa.

Tylko kto by się przejmował jakimś hipotetycznym problemem, kiedy nad całą ludzkością wisi klątwa koronawirusa. W jego przypadku tragicznym powiązaniem z temperaturą jest fakt, że 27 stopni Celsjusza wcale skurczybyka nie zabija, jak śmiali twierdzić lekarze z Facebookowej tablicy (ja również byłam zawiedziona). Wracając jednak – nie powiem, ciężko jest pamiętać o dziurze ozonowej, kiedy poszerza się dziura w budżecie, dziura w personelu medycznym i dziura w bucie, której nie ma jak załatać, bo i ja i szewc musimy cierpliwie siedzieć w swoich mieszkaniach.
Szlag by trafił każdego i niewątpliwie powoli to robi. Tylko że normalnie szlag można było wyprowadzić na spacer chociażby, żeby się trochę uspokoił, a niestety, w obliczu zagrożenia nowym wirusem, społeczeństwu odebrano prawo kopnięcia szyszki w lesie, nie mówiąc już o jakiejś podrzędnej szyszce z parku. Wiadomo, że wirus się najżwawiej roznosi tam, gdzie jest najwięcej wolnej przestrzeni (bo ta przestrzeń nie pomaga utrzymywać dystansu między ludźmi), dlatego należy zrozumieć decyzję rządu. Wszystkie pomniejsze prawa, które odebrali obywatelom – na przykład to do wolności, są przecież po to, żebyśmy mogli w spokoju skorzystać z prawa do głosowania. Tego najważniejszego, prawda?

Odejdźmy może na chwilę od poważnych globalnych problemów. Warto się skupić na tym co mamy pod nosem i nie zapomnieć co irytowało nas na co dzień, zanim świat zwariował. Z ogromną przykrością patrzę na trwającą już kilkanaście lat wojnę modernistycznej architektury z termomodernizacją. Nikt nawet nie patrzy czy takie zabiegi nie robią gorzej. Przecież wszystkie stare bloki były stawiane przez modernistów, po co im jeszcze całe to “termo”… W tym wypadku dramatem jest pożądanie wysokiej temperatury zaraz za ścianą z wielkiej płyty, a ja już udowodniłam, że wysoka temperatura, koniec końców, nie prowadzi do niczego dobrego. Lubię czasem podejść do takiego samotnika, niedopadniętego jeszcze przez styropian, porozmawiać z nim. Teraz oczywiście nie mogę, ze względu na wprowadzone obostrzenia, ale jeszcze zanim wszystko się tak rozkręciło wyszłam na spacer i pogawędziłam z jednym betoniakiem. Muszą państwo wiedzieć, że nie jest łatwo. Modernistyczny blok mieszkalny, nad którym spoczywa piętno styropianu, tynku akrylowego i nieprzemyślanego wzoru, który niby ma być dekoracją, czuje się równie samotny i niepewny jak państwo zamknięci teraz w swoich czterech ścianach. Modernistycznemu blokowi jest przykro, że świat się zmienia i to wcale nie na lepsze (to oczywiście jego subiektywna opinia, aczkolwiek w pełni się z nią zgadzam). Nic takiej wielkiej płycie nie zostało, jak trwanie dumnie i dzielnie, naprzeciw losowi, póki jest w stanie – a potem, niestety albo stety, przystosowanie się do tych zmian, których nie może ominąć. 
Tego samego życzę państwu – jak nigdy wcześniej potrzebujemy wytrwałości niczym stary blok mieszkalny, na którego ścianach wciąż widać surowy beton.