Komisja ds. ważności rzeczy przyziemnych

Wcale nie tak dawno temu, gdy jeszcze ogólna sytuacja światowa pozwalała nam zaprzątać sobie głowę sprawami wagi przeróżnej, na polskim świeczniku znajdował się akurat temat z pogranicza socjologii i językoznawstwa, a mianowicie kwestia [tu przerwa dla podbudowania napięcia] … feminatywów [żeńskich nazw zawodów, tytułów, pełnionych funkcji czy zajmowanych stanowisk]. Brzmi groźnie? Burzy krew w żyłach? Na samo nawet wspomnienie wywołuje nieprzyjemny dreszcz zaniepokojenia? Powinno.

Jest to całkowicie powszechne – takie właśnie odczucia zdaje się wywoływać ów temat u znacznej części Polek i Polaków [swoją drogą wyraz Polka również jest feminatywem!]. Szczerze mówiąc nie zdziwił mnie szczególnie taki stan rzeczy. Dobrze wiedziałam też, czego mogę się spodziewać pakując się w sekcję komentarzy pod artykułem wytykającym mediom określanie Hildur Guðnadóttir, tegorocznej zdobywczyni Oscara kobietą – kompozytorem zamiennie z panią kompozytor. Znalazły się na to oczywiście głosy sprzeciwu internautów: że czepialstwo, że wymysły, że pierwszy wariant może trochę kojarzy się z człowiekiem – pająkiem, ale za to nie brzmi tak nienaturalnie jak [o zgrozo!] kompozytorka. Muszę przyznać, że wzbudziło to we mnie wiele pytań, np. Przez kogo lub co trzeba zostać ukąszonym, aby zostać kobietą – kompozytorką, kobietą -chirurgiem czy kobietą – operatorem koparki?

W rozgorzałej dyskusji o feminatywach internauci jak zwykle nie zawiedli. Część z nich prezentowała argumenty stricte przeciwko jakimkolwiek zmianom w języku, byli jednak i tacy, którzy zdawali się być przeciwni również zasadom logiki. Do moich osobistych faworytów należą: ci powołujący się na fakt, że “przecież pilotka to taka czapka” [zapominając o drugim po kierowcy samolotu znaczeniu słowa pilot]; sceptyczni wobec zmian miłośnicy tradycji wypierający jednocześnie fakt funkcjonowania żeńskich końcówek przez dziesięciolecia, aż do uporczywego wycofywania ich w czasach PRL-u; ci, dla których architektka, biolożka i chirurżka są zbyt trudne w wymowie, aby posługiwać się poprawnym językiem; jak również zadeklarowani przeciwnicy zmian dla zasady, konsekwentnie i za wszelką cenę.

Wtem jednak natrafiłam na komentarz, który prawdziwie mnie zaskoczył i skłonił do refleksji. Pewien użytkownik, nazwijmy go tutaj Panem Piotrem, zamieścił następujący wpis w formie zapytania: “Dlaczego marnujemy czas na dyskusje o żeńskich nazwach zawodów i tytułów naukowych, kiedy w wielu miejscach na świecie kobiety w ogóle nie mogą się uczyć czy pracować?”. Nie można odmówić Panu Piotrowi racji – trudno kłócić się z problemami wielu miejscna świecie. Choć jest to tylko klasyczny przykład zjawiska tzw. whataboutismu [od ang. what about… – a co z…?] a Pan Piotr wybiegając w skalę globalną mniej lub bardziej świadomie odwraca uwagę od problemu, zainspirował mnie do głębszych przemyśleń.

Zgodnie z tą logiką, rozsądnym byłoby poświęcać czas tylko i wyłącznie najważniejszym problemom, oczywiście kosztem pominięcia wszystkich mniej ważnych. Sugerowałabym nawet utworzenie w tym celu specjalnej rady zajmującej się oceną istotności każdego zagadnienia. Taka Komisja ds. Ważności Rzeczy Przyziemnych stwierdzałaby np. jak irracjonalne jest istnienie Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Listonoszy Poczty Polskiej, gdy w tym samym czasie Księstwo Andory nie posiada nawet własnej poczty. Decydowałaby, czy warto [a zdecydowanie nie warto] likwidować szkody spowodowane niewielką powodzią na Śląsku, podczas gdy mieszkańcy strefy Sahelu pozostają bez dostępu do wody. Dzięki jej pracy nie zaczynano by również budowy nowego parkingu w Poznaniu, mając na względzie to, że statystycznego Kongijczyka nie stać nawet na zakup samochodu, a restauracja w Szczecinie nie pracowałaby niepotrzebnie nad nowym menu, wiedząc, jak poważny jest problem głodu w niektórych rejonach Azji.

Oczywiście, sama praca komisji również musiałaby skupiać się tylko i wyłącznie na najistotniejszych kwestiach, stąd naturalnie pojawia się potrzeba utworzenia jednocześnie Komisji ds. Ważności Komisji ds. Ważności Rzeczy Przyziemnych. W pełnym poszanowaniu zasady dwuinstancyjności, w razie potrzeby można utworzyć też kolejną komisję w celu nadzorowania pracy tej ostatniej. Być może jej nazwa brzmiałaby dosyć niezręcznie i z pewnością prowadziłaby do licznych pomyłek, jednak – jak już wcześniej ustaliliśmy wraz z Panem Piotrem – odpowiednie nazewnictwo nie należy do spraw pilnych, a już na pewno nie do ważnych.